Boję się horrorów, czyli o tym jak przeczytałam książkę Stephena Kinga


Zdradzę wam coś o sobie - straszna ze mnie boidupa. Horrorów unikam jak ognia, a kiedy słyszę Stephen King robię 3 kroki w tył, tak dla bezpieczeństwa. Sam problem tkwi jednak nie w tym, że nie mogę obejrzeć, bądź przeczytać horroru, to byłoby zbyt łatwe. Tak długo jak trzymam książkę w rękach wszystko jest dobrze. Gdy jestem w niej zanurzona, gdy nie mogę się oderwać, a świat przedstawiony powoli przenika do mojej rzeczywistości - czuję się bezpieczna. Strach pojawia się w momencie kiedy odkładam książkę na bok, a ja zostaję sama w swoim świecie, lecz wciąż nie pozbawiona przebłysków z tamtego. Moja wyobraźnia działa w takich chwilach tak mocno, że siedząc w cichym, ciemnym pokoju nie mam pewności, czy to co widzę w kącie, to przypadkiem nie potwór, o którym jeszcze przed chwilą czytałam. 
Jak zatem doszło do sytuacji w której, sięgnęłam po powieść Mistrza Grozy, a co lepsze spodobała mi się? Moja odpowiedź może się okazać rozczarowująca, ale taka jest prawda - ta lektura to był thriller z elementami science-fiction, nie horror.

Wyobraźcie sobie, że budzicie się w pokoju uderzająco podobnym do waszego. Właściwie na początku jesteście pewni, że to wasze łóżko, wasze szafy. Aż nagle zauważacie coś niepokojącego - w tym pomieszczeniu brakuje okien. Ale jak to, co się stało?Ogarnia was zdenerwowanie. Wstajecie z łóżka i otwieracie drzwi. Za nimi nie czeka dobrze znany i ciepły korytarz waszego domu, tylko coś na kształt przejścia w hotelu, gdzie po każdej ze stron biegnie wiele drzwi. Ścianę zdobi plakat trojga dzieci na łące z podpisem "Kolejny dzień w raju", lecz jak na ironię wy czujecie się tu raczej jak w piekle. Znajdujecie wyjście na plac zabaw, gdzie dostrzegacie inne dzieci. Zasypujecie je pytaniami: Co to za miejsce? Gdzie ja jestem? Co się tutaj dzieje? Co z moimi rodzicami? Odpowiedź na wszytskie troski jest tylko jedna - Witamy w Instytutcie! 

Pomysł na tę historię może się wydać banalny, wręcz oklepany. Stephen King nie jako pierwszy i pewnie nie ostatni opisał historię, w której grupka dzieci zostaje zamknięta w pewnym miejscu dla jakiś niecnych pobudek. Tyle, że takie opowieści rozgrywają się zazwyczaj w świecie, który właśnie ogarnęła apokalipsa albo już postapokaliptycznym. Z "Instytutem" jest inaczej. Świat dookoła niego jest spokojny, zupełnie zwyczajny - to współczesne Stany Zjednoczone. W takim razie jak to możliwe, że w tak cywilizowanym miejscu, gdzie przesył informacji zajmuje dosłownie kilka sekund, istnieje wciąż placówka, która prowadzi brutalne eksperymenty na dzieciach? Jak to możliwe, że nikt o tym nie wie? Odpowiedź na to pytanie jest dwojaka. 
Po pierwsze nikt nie chce wiedzieć. Historia uczy nas tego od tysięcy lat. Przykładów nie musimy daleko szukać  - weźmy niemieckie obozy koncentracyjne (King w swojej powieści kilka razy wyraźnie nawiązuje do prowadzonych tam eksperymentów). Mimo oczywistych dowodów, nikt nie chciał uwierzyć w ich istnienie. Kolejne rządy odwracały wzrok, umywały ręce. Przecież miały już wystarczająco dużo własnych problemów, nie mogły obciążać się kolejnymi. 
Po drugie, co może trochę ścierać się z pierwszym powodem - w istotach ludzkich tkwi jakiś pierwiastek dobra i oprócz tego, że sami staramy się czynić dobro, to wierzymy, że inni także to robią. Dlatego w sytuacji gdy brakuje dowodów rzeczowych, a cała sprawa opiera się na relacji ustnej świadka/ofiary, nikt nie chce jej wierzyć. Nie jest to wynik złej woli, tylko nadziei, podszeptującej, że żaden człowiek nie mógłby dopuścić się tak strasznej zbrodni, że nikt nie jest aż tak zły. 

Przyjrzyjmy się przez moment czarnym charakterom grającym w tej powieści naprawdę istotne role. Na początku pragnę bardzo docenić ogrom pracy jaki autor włożył w wykreowanie tych postaci. Zdabał o to, aby każda posiadała swoje indywidualne cechy - znaki rozpoznawcze. To dodało historii realizmu oraz pozwoliło z łatwością odróżniać bohaterów od siebie. 
Śledząc ich losy  zauważyłam, że większość jest w pełni świadoma tego jak tragicznie postępuje i gdyby nie "właściwy powód" prawdopodobnie nigdy niepodjeliby takich działań. Wierzą, że to co robią ma jakiś wyższy cel, że walczą o lepsze jutro dla świata. Dzięki temu są w stanie dopuszczać się największych zbrodni, bo przynajmniej sami przed sobą czują się usprawiedliwieni. Ponad to traktują dzieci w "Instytucie" jak własność. Dla nich to tylko przedmioty, obiekty badań, co dodatkowo zmniejsza ich poczucie winy. Doszłam do wniosku, że istnieje niewielu ludzi, którzy dopuszczają się zła z czystej potrzeby jego czynienia. Zdecydowana większość uwierzyła w jakąś ideę i jest przekonana, że zbrodnia, to jedyna droga, aby osiągnąć zamieżony cel. Bo przecież mają właściwy powód, prawda? Dla nich tak, dla nas - nie. 

Teraz chciałabym przez chwilę skupić się na bohaterach pozytywnych. Oni również zostali świetnie wykreowani, lecz momentami byli dla mnie zbyt wyidealizowani. Każdy z nich miał jakieś niezwykłe umiejętności: jeden nieprzeciętny intelekt, drugi silne zdolności parapsychiczne, trzeci hart ducha nie do złamania itd. Z tego powodu momentami ich dokonania były dla mnie mało realistyczne. 

Na koniec dodam jeszcze kilka słów o fabule. W mojej opinii została skonstruowana wyśmienicie. Przerzucałam kartki od rozdziału do rozdziału w oczekiwaniu na to, co wydarzy się dalej. Stephen King zdbał także o to, aby podczas lektury nie brakowało nam emocji - dawno żadna książka, tak mnie nie zestresowała. Całą sobą przeżywałam kolejne zmagania bohaterów w drodze po wolność. W trakcie lektury nie potrafiłam jeszcze określić jakiego zakończenia oczekuję, ale to które zaproponował autor w pełni mnie usatysfakcjonowało. 

Podsumowując, "Instytut" zapewnił mi masę emocji i skłonił do kilku głębszych przemyśleń. Przed jego przeczytaniem nie sądziłam, że kiedyś z moich ust padną takie słowa, ale chyba mam ochotę na kolejną książkę Mistrza Grozy. Cieszę się, że zdecydowałam się sięgnąć po ten tytuł, bo gdybym tego nie zrobiła, ominąłby mnie kawał świetnej książki i masa dobrej zabawy. 
Moja ocena: 5/5 ✨ 

To była trochę nietypowa recenzja, przynajmniej nie taka, do której w większości jesteśmy przyzywczajeni. Chciałam, aby w tym tekście oprócz typowo recenzenckich elementów jak ocena fabuły, czy bohaterów znalazły się także fragmenty przemyśleń, które pojawiły się w mojej głowie jeszcze podczas czytania i już po jego zakończeniu. Bo chyba właśnie o to chodzi z literaturze, żeby skłaniała nas do rozważań. 

Dajcie znać w komentarzu, czy podoba wam się taka forma? 

Trzymajcie się cieplutko i do zobaczenia! 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Illuminae. Illuminae Folder_01 || Recenzja

Norweskie drzewo, drewno, a może las? || Norwegian Wood || Recenzja